05 May 2013

Wyprawa...

Decyzja podjęta, urlop zaklepany. W piątek ruszamy. Kierunek Bundoran, a potem wzdłuż wybrzeża na południe. Im dalej tym lepiej, z nadzieja na nocleg w okolicach Cliffs of Moher. A po drodze - sie zobaczy. Powrót w niedziele.
Zastygam więc w oczekiwaniu.

02 May 2013

A tymczasem na koncu swiata...

...czyli, sadzac po zabudowie, gdzies w Holy Land'zie:


04 April 2013

Odliczanie...


Odliczam:

7 dni
40 dni
177 dni

Na każdy z nich czekam bardzo - z różnych powodów. 
Za tydzień będę w ostatniej fazie reisefieber, a popołudniem będę sączyć aguardente.  
Za 6 tygodni będę obkładana błotem (albo innym cudownie upiększającym wynalazkiem). 
Natomiast za 177 dni będę z uśmiechem witać ludzi wchodzących do mojego ulubionego pubu. Ludzi z zaproszeniem w dłoniach, którzy przybędą by oglądać świat (a przynajmniej niektóre jego kawałki) zobaczone moimi oczami. 
TAK! Moi drodzy przyjaciele i czytacze - WYSTAWA!!!!
Tytuł roboczy "Moje Wyspy", organizacja trwa, a jakby ktoś zabłądził do Belfastu miedzy 29 września a 13 października niech sie czuje zachęcony do wpadnięcia do takiego jednego miejsca (szczegóły jakoś pewnie na początku września). 

12 March 2013

Cale zycie z baranami...

Ledwo zyje, znowu gonie ostatkiem sil, odliczajac dni do urlopu (31 - hura).

Przydzielony mi na poczatku stycznia pomocnik okazal sie baranem jakich malo (nawet w tym pelnym baranow kraju). Pracuje tu juz 6 lat, a wzmiankowany baran podszedl do mnie wczoraj i zapytal jak sie pisze moje nazwisko. Odjelo mi mowe. Po pierwsze - po szesciu latach moglby zapamietac te cztery litery, a po drugie - sprawdz, do qwy nedzy, swojego maila ciolku. Obawiam sie, ze nawet zadanie 2013 roku mogloby okazac sie za trudne dla matola:



Wszystko mi opadlo, naprawde. Poza tym, jakby nie patrzec, to troche jakby brak szacunku, nie?
W dupe tam... Wracam do papierow i czekam na wiosne (i urlop - zaleznie co bedzie wczesniej).

01 February 2013

Pod gorke...

Jakos mi pod gorke ostatnio. Cholerny kawalek dysku odrosl, boli znowu, dretwieje i czucia nie mam w stopie (albo stopach, zaleznie od dnia, bo teraz na obie strony mi sie rzuca).
Na zewnatrz pizdowata pizdzielucha, chrzaniona zimowa pora deszczowa, a wiatr wyje potepienczo przez szpary w zamknietych szczelnie(!) oknach.
Samochod mi sie zbuntowal. Nie chce sie gadzina otworzyc. Ani z pilota, ani kluczykiem. Wymienilam baterie. Dalej dupa. Ktos mi podpowiedzial, ze moze kluczyk trzeba zresetowac, no to hej, wujku guglu, pomoz! Pomogl. Pierwsze zdanie instrukcji resetowania kluczyka brzmi - usiadz w samochodzie i zamknij drzwi. Kurde, no chcialabym. Zabieram ustrojstwo do speca dzis, niech obejrzy.
Szarlotka za mna chodzi. Taka z rodzynkami. Jak zdaze to zrobie jeszcze dzis. Albo jutro, bo w planach placki ziemniaczane, to akurat sie bedzie piec, a ja smazyc. No.
W ogole to takie o cos znalazlam:

Podoba mi sie bardzo. I o ile wiem jak krem zrobic to tajemniczy czlonek meski w opisie ciasta jakos mi myslenie wylacza i za cholere nie wiem co autor mial na mysli.