30 December 2009

Zadrutowanie...

Zgodnie z przewidywaniami - drutowanie dopadlo mnie na calego. Wloczka przesuwa sie miedzy palcami, druty smigaja w palcach... Co nie zmienia faktu, ze zapomnialam jakie to zmudne zajecie. Jest niewielka szansa, ze do konca marca skoncze ;))
Swiateczne obzarstwo nie bylo straszliwe, udalo mi sie jakies mniej wiecej normalne ilosci zrobic, a nie jak dla pulku wojska (no dobrze - PRAWIE udalo, bo czesc skonczyla w zamrazarce czekajac na kleske glodu). Uszka, wbrew czarnowidztwu, wyszly fantastyczne. I wloskie grzyby okazaly sie duzo wydajniejsze od polskich. Rezultat - farsz w zamrazarce. Ale to dobrze, moze jutro pozawijam toto we francuskie ciasto i przekaska bedzie, ze palce lizac.
Lola jutro z rana przylatuje i bedzie duzo gadania, smiechow-chichow, popijania wina i lepienia pierogow. Brakuje mi takiej kumpeli na codzien. Jakiejs normalnej baby, z ktora mozna wyjsc po zakupy albo do pubu albo normalnie posiedziec i pogadac. W pierwszym odruchu pomyslalam sobie, ze moze ja juz za stara jestem na zawieranie nowych znajomosci (o przyjazniach nie wspominajac). Ale to nie tak. Po prostu mierzi mnie i odrzuca na sama mysl, ze mam sie skumplowac z jakas idiotka tylko dlatego, ze ona z tego samego kraju pochodzi. A to tu dosc normalne. Wiec po co? Inteligencja, osoby przez mnie poznane, nie grzesza, poczucie humoru jakies niedorozwiniete, a o wspolnych zainteresowaniach mozna zapomniec. Miejscowe natomast dziewoje jak na moj gust zanadto sa swietoszkowate i na samo slowo "seks" reaguja okrzykiem "I've heard enough". No i wez tu czlowieku wal glowa w mur. Moze to ja jestem za bardzo otwarta i z lekka zboczona, a moze perspektywa mi sie zmienila, ale w Polsce na porzadku dziennym jest (bylo?) gadanie miedzy nieznajomymi nawet kobietami o seksie. Tak max po pol godzinie, czasem szybciej. A tu? Zapomnij.
Dlugo by mozna na ten temat.
Zatem - wracam do drutow coby przod skonczyc i tyl zaczac :)

23 December 2009

Co jest...?

No wlasnie nie wiem, co sie dzieje. Wena kuchenna mnie opuszcza czy co? A moze po prostu mysli bardziej przy miekkich, czarnych, akrylowych klebkach zaczely bladzic? (tak, tak - udalo sie dostac co chcialam). W kazdym razie ryba po grecku jakos bez wyrazu, cwikla do bani (super-hiper specjalnie na te okazje polski chrzan kupiony okazal sie zwietrzaly i jutro H bedzie miec zadanie bojowe, zeby Colemans'a kupic, bo tego g**na sie nie da jesc), salatka jakas tez taka niedorobiona. Az sie boje co jutro z uszek wyjdzie.. a o karpatce wole nawet nie myslec. Ale coz - jutro nowy dzien, wiec sposobem jednej rudej mamrocze pod nosem "pomysle o tym jutro".
Szefostwo sie zlitowalo i wolne jutro mam. W koncu po takiej ilosci biadolenia, ze to najwazniejszy dzien swiat i gotowania tyle, i o-rany-kiedy-ja-to-wszystko-zdaze-zrobic.. nawet kamien by ulegl. Zatem szef powiadomil mnie w okolicach lunchu, ze moge sobie w kuchni siedziec zamiast w pracy. I chwala mu za to, bo juz po dzisiejszym dniu nuda uszami mi wylazic zaczela, a jutro bym chyba skonala calkiem.
Zatem - czas swiateczny sie zaczal.

Przy okazji - Spokojnych, Smakowitych, Radosnych Swiat Wam wszystkim zycze.

P.S. Jak nie zadzwonie, to znaczy, ze sie zamotalam (no lezy to klebkowe cholerstwo w kacie i wola do mnie). :)

21 December 2009

Zima?

Dziekuje wszystkim, ktorzy sie za mna u Dziadka Mroza wstawili (tej wersji od pogody zimowej i snieznej, a nie tego od ruskich prezentow, co nam w zerowce plastikowe budziki pelne cukierkow przynosil).
Zyczenie zostalo spelnione i powstal balwanek jak sie patrzy (wersja hawajska)
.

19 December 2009

Piatek cd.

Moze niepotrzebnie tak sie rekami i nogami bronilam i zapieralam przed ta impreza.
Bylo zaskakujaco milo i przyjemnie. Moze dlatego, ze od Jedzy sie z daleka trzymalam.
W kazdym razie - warto bylo. Chociazby po to, zeby zobaczyc szefa w moich butach. Bowiem po kolacji wlasciwej przenioslo sie towarzystwo do coctail baru dwa pietra wyzej. Fajnie bylo, pusto, gadac mozna bylo, bo bardzo przyjemn, cichy jazzik lecial. To kurde nie. Zachcialo sie towarzystwu tanczyc. Zapowiedzialam gromkim glosem, ze nigdzie nie ide. Szef zaczal mi dziure w brzuchu wiercic na co odpowiedzialam, ze ok - ale pod warunkiem, ze w moich butach pojdzie. Zaraza by to. Zalozyl oba (o dwa numery mniejsze!) i zaczal sie po barze przechadzac, podskakiwac, a w koncu zaczal jakies tadycyjne, irlandzkie fikania nogami uprawiac! O matko. Przez chwile myslalam, ze ogolna katastrofa powodziowa nastapi jak sie wszyscy na raz ze smiechu posikaja. Sama rzalam jak kon, jednoczesnie burczac pod nosem zeby szlag to jasny trafil i w ogole..
Zeby nie bylo, ze mu tak latwo przyszlo - buty wygladaja tak:




Jednym slowem - szacun, Wodzu ;) No a skoro slowo sie rzeklo - trzeba bylo isc. Poszukiwania klubu, gdzie mozna potanczyc i gdzie jeszcze miejsce bedzie zajelo jakies pol godziny. W koncu to ostatni piatek przed swietami, wiec takich oszolomow jak my bylo wiecej. W koncu udalo sie wbic do Benedicta. Tlum, halas, i podrygujaca w rytm masa ludzka. 30 minut wystarczylo nawet najwytrwalszym. Co prawda zdazylam sie w tym od 2 ludzi obcych calkiem dowiedziec,ze jestem najpiekniejsza kobieta na sali (sic!) a jedna kobieta tez podeszla i sie zachwycala kolorem moich wlosow. No kurcze, ale mi lepiej zrobili. Tlumacze to sobie w kazdym razie nadmiernym stezeniem alkoholu we krwi komplemetujacych i slabym oswietleniem. Ale fakt pozostaje faktem - no piekna jestem, ze HEEEEJ :)

18 December 2009

Piatek...

Tydzien, przynajmniej ten pracowy kawalek, juz sie konczy. Jeszcze tylko wieczorem obowiazki dobrego pracownika wypelnic i pokazac jak bardzo wszystkich lubie. W dodatku miejsce zarezerwowane jakies malo jadalne rzeczy w christmasowym menu prezentuje. Rany, jak mi sie nie chce. Koszmarny socialising na sile, paskudztwo do jedzenia. I jeszcze nadal nie wiem w co sie ubrac. Jednym slowem - Fuuuuj!
Wczoraj list dziwny, z przeszlosci mnie dogonil. Potem dluga rozmowa po latach... Niewiele sie zmienilo, tylko lat i doswiadczen jakby przybylo. Reszta - wlasciwie bez zmian.
Swiatecznie sie nie czuje w ogole. Niech juz PO swietach bedzie i lenistwo (znowu!). Znaczy moze takie nie do konca, bo mam w planach sweter przeciez. Nie pozostaje mi nic innego jak odpowiednia wloczke znalezc. Poszukiwania juz zaczelam, bezowocnie niestety. Jeszcze jeden sklep gdzies we wschodniej czesci miasta jest, a jak nie to Bangor podobno. Szkoda, ze do Dublina daleko, bo tam sklep jeden fanastycznie zaopatrzony jest.

16 December 2009

Gonitwa...

Gdzie ten czas tak leci? Juz sroda, a dopiero co byl poniedzialek. W pracy urwanie wszystkiego, nawal roboty koszmarny i nie wiadomo od czego zaczac. Niby standard, ale jakos mam wrazenie, ze mi ten kawalek zycia miedzy palcami przeplywa.
Zakupy jedzeniowe trzeba zrobic jakos juz, bo w przyszlym tygodniu nie bedzie kiedy. I jeszcze sie zastanowic co na po-swietach. I jesc, i robic. Moze uda mi sie gdzies dostac odpowiednia wloczke to drutowac sweter zaczne - gruby, miekki, obszerny golf za mna chodzi. Czarny oczywiscie :)
Lola w sylwestrowy poranek przylata i tez trzeba pomyslec co jeszcze jej pokazac. Uniwerek i okolice to na pewno. A korzystajac z tego, ze H wolne tez bedzie mial (HURA!) to moze Dublin?
Z atrakcji bardziej domowych - pierogow lepienie w planach - bo to takie grupowe zajecie, jak darcie pierza niemalze (osobiscie nigdy nie darlam, ale podobno tak to wlasnie, grupowo, sie odbywa).

Z piatkowych atrakcji nie uda mi sie wymigac. Tak jakby nie za bardzo mam sie w co ubrac. Albo pracowe bojowki albo imprezowy gorset. Chyba czas sie za jakas kiecka rozejrzec - no kurcze, niech wiedza ci moi wspolpracownicy nieszczesni, ze jestem kobieta :)

Pod biurkiem flaszka poitin stoi. Sprobowalam wlasnie z kumplem, korzystajac z nieobecnosci szefostwa. Jeszcze lepsza niz zeszloroczna. Moze nie bede jej do domu zabierac tylko sobie pociagne w chwilach zwatpienia prosto z gwinta? :)))

14 December 2009

Roznosci...

Cztery dni minely jak z bicza strzelil, ale nie da sie ukryc, ze bardzo relaksujacy to byl urlopik. Przewidywane lenistwo totalne stalo sie faktem i niesamowicie mnie zrelaksowalo.
Okolica rozblysnela milionem swiatelek i ozdobek okolo-swiatecznych. Pomijajac tradycyjne swiatelka, pelno wszelkiego rodzaju balwankow, mikolajkow, skrzatow wspinajacych sie na kominy, reniferow i innego badziewia. Chyba sie przyzwyczailam i wiekszosc z nich wrazenia juz nie robi, ale raz mnie wbilo w ziemie na widok naturalnej wielkosci, plastikowej, podswietlanej Swietej Rodziny w oknie jednego domu. Lomatko! Odpustowe jelenie na rykowisku wysiadaja przy takim cudzie kompletnie. A - i jeszcze jedno cudenko widzialam. Nie na domu co prawda, lecz na samochodzie - sprytnie zamontowane do dachu losie (reniferze?) rogi. I tym sposobem mozna zakrzyknac - "Ty LOSIU!" i bedzie to calkowicie zgodne z prawda.
Z sytuacji smiesznych - w sobote rano obwiescilam "idziemy szukac grzybow". Z miejsca zostalam posadzana o a) jeszcze spanie i b) przyjmowanie przez sen napojow wyskokowych w ilosciach powodujacych halucynacje. Sprawe moich rzekomych zwidow udalo sie szybko wyjasnic, gorzej tylko z samymi grzybami. W polskich sklepach nie ma, kolejna dostawa spodziewana po 20-stym. Jakby pozno wiec pozostalo tesco z wloskimi suszonymi. Dam rade. Uszka beda i juz.
A - towarzystwo pracowe postanowilo w ten piatek wyjsc i celebrowac. Znaczy sie firmowa, swiateczna kolacja. Zeby ich pogielo (a nawet POGLO)!
Zdecydowanie mam dosc ogladania ich na codzien, wiec planuje sie wymigac w ostatniej chwili.
A teraz nie pozostaje mi nic innego jak wrocic do pracy i czekac na dluugie, swiateczne wolne. Powtorka z lenistwa bedzie, a co!

09 December 2009

Juz za chwileczke...

..juz za momencik, urlopik z H zacznie sie krecic :)
No to dzis na spokojnie - troche fakturowania, troche certyfikatow, troche idiotycznych, jak zwykle, rozmow telefonicznych. A potem LABA!!!
Dawno sie tak na wolne nie cieszylam. I chociaz domowo i bez jakis specjalnych fajerwerkow - bedzie dobrze. Troche gotowania, ogladania zaleglosci i staroci (dawno Alienow/Predatorow nie widzialam), popijania wina i czego tylko sie zamarzy.
W ogole dobrze mi. Fakt, wkurzam sie czasami, czasami dynamizatorow naduzywam, ale tak generalnie to mi spokojnie, milo, cieplo - no DOBRZE po prostu.
Na razie nosic mnie tylko zaczyna. Ten miesiac odpada, ale moze styczen? Moze Praga, moze Glasgow, moze gdziekolwiek.. Bo zawsze "tam za gora" trawa jest bardziej zielona i slonce jasniej swieci. A moze po prostu dublinski Nimhneach? Nie "zamiast", ale tez jakby nie bylo forma (i to calkiem przyjemna) rozrywki i oderwania sie od codziennosci. A moze kogos jeszcze z PL przywieje? Sie zobaczy...
A z innej beczki to czas za suszonymi grzybami zaczac sie rozgladac. I sledzikiem. I serem oczywiscie, bo sernik byc musi :)

07 December 2009

Poniedzialkowo...

Poniedzialkowo robota mnie dopadla w ilosciach szalenczych. Jak cisza jest to cisza, a teraz jakby sie worek rozprul. Telefon sie urywa, klientow kolejka, dostawy jedna za druga, a wszyscy chca wszystko na wczoraj albo na tydzien temu najlepiej. Niby dzien jak codzien, ale na poniedzialek to ciut za wiele.
Nie bardzo wiem jak sie nazywam, a tu jeszcze papierow kupa wielka do przerobienia. Ciekawe jak na wloskim kojarzyc bede..
Oddalam sie pracowac dalej (jeszcze godzinka a potem dobre jedzonko - tak dla ozywienia szarych komorek przy powtarzaniu materialu przed lekcja (taki bardziej cywilizowany odpowiednik odrabiania lekcji na kolanie).

Jedna mysl mnie przy zmyslach (w miare) zdrowych trzyma - jeszcze dwa dni a potem 4 dni lenistwa z H :)

03 December 2009

Sen...

Poszlam do pracy w srode, ostatni dzien jakiegos miesiaca. Poszlam do pracy radosnie i z usmiechem na ustach, bo wiedzialam, ze to ostatni dzien w tym miejscu. Poza szefem nikt jeszcze nie wiedzial. Pracowalo mi sie milo, lekko i przyjemnie, a w czasie popoludniowej przerwy herbacianej poinformowalam wspolpracownikow, ze od jutra juz tu nie pracuje. Poniewaz nic wczesniej tego nie zapowiadalo rozlegly sie achy i ochy, ale bylam nieugieta... I zdecydowanie szczesliwa.
Obudzilam sie usmiechnieta.
Zatem.. ktorejs pieknej srody...

01 December 2009

Takie tam...

Weekend minal, przeminal, pozostala codziennosc.
Niemcy, a moze nie tyle Niemcy, co nasi malo rozgarnieci koledzy w head office'ie doprowadzaja mnie do szalu. Ale co ja moge.. Powrzeszczec co najwyzej, bo nawet w ucho dac, z racji odleglosci, nie moge.
Za tydzien ostatnia lekcja przed swietami, kolejna w styczniu. A ze wyglada na to, ze od razu test bedzie - trzeba bedzie usiasc i sie pouczyc porzadnie. Rozumiem wiecej niz sama jestem w stanie powiedziec, a jak mi slow brakuje to odpowiadam po francusku. Totalny mix jezykowy - zwlaszcza jak przychodzi mi tlumaczyc cos miejscowym. Zaparlam sie kopytami i sie naucze, bo Salina gdzies tam jest :)
Na razie - byle do 10tego. Dlugi, wspolny weekend. Rzadko sie zdarza, wiec trzeba korzystac. A jak strasznie wstretnie nie bedzie to moze Derry..?
A moze zostac w domu? Koleczka ladnie juz powinny sie podgoic to trzeba by to bylo wykorzystac...

27 November 2009

Oddycham...

Czasami nawet oddech mocno przyspieszony to jest, gdy jedno lub drugie kolko werznie sie tam, gdzie nie trzeba. Ale nic to. Z dwojga zlego wole ten bol niz slupkowo-kregowy (ktory w obliczu niesamowitego rwania "tam-na-dole" jakby przycichl).
Weekend juz za chwile i leniwic sie spokojnie i kuchennie bede. Wczoraj nowy zestaw sosow wyprobowany - kurczak w kung po & hoi sin - calkiem, calkiem niczego sobie wyszedl. Lekko slodkawy, srednio ostry. Mniamusne bardzo to bylo. A na jutro jagniecina zaplanowana. Zaleznie od kawalka jaki sie uda dostac albo pieczen bedzie, albo goloneczki w sosie chrzanowym, albo w winie po prostu (ale raczej zwyklym jakims, bo marsali to mi po prostu szkoda). Do tego moze gruby makaron wlasnej roboty... albo kluseczki jakies zgrabne. Kopytka? Slaskie? Hmm... kuleczki ryzowe...?
I tak siedze piatkowo, robota odlogiem lezy, bo mi sie nie chce po prostu i o jedzeniu rozmyslam...
Chyba sie glodna robie :)

25 November 2009

Do normalnosci...

Do normalnosci wszystko wraca. Dzien wczoraj zarobiony po uszy, dzis juz powoli zaczynam nadrabiac blogowo-forkowe zaleglosci. I Joe Monster odlogiem tez od (o zgrozo!) zeszlego czwartku lezy. Za specjalnie mnie to nie martwi - w koncu czyms trzeba sobie czas pracowy uprzyjemniac.
Na froncie koleczkowym bez zmian - czyli spuchniete i nadal czuje sie jak w ministerstwie dziwnych krokow. Ale nic to - kiedys przejdzie.
Jakos optymistyczniej na swiat patrze. Rzeczywistosc - ta pracowa - wqrwiajaca jak zwykle, ale co tam... Po pracy do domu, a w domu H :)

24 November 2009

Bylam, zobaczylam...

...i wrocilam.
Nie zdawalam sobie sprawy z tego jak bardzo mi tych wszystkich "krewnych i znajomych Krolika" brakuje.
Wszystkim zobaczonym dziekuje bardzo. I tym nowopoznanym. A najwieksze podziekowania naleza sie takiej jednej zoo.. co to wszystko ogarnela i doprowadzila do realizacji.
Milo bylo, cieplo, przyjemnie, ale... dobrze jest wrocic do domu.

A chwilowo nastapilo zjawisko przeniesienia bolu. Chodze jak stary kowboj, ale na kregowy slupek zawsze moge zwalic, a koleczka niech sie goja :)

18 November 2009

Buu...

Boli.
Nie chce jechac.
Boli, boli....
Najchetniej zostalabym i na te pare dni zapakowala sie do lozka.
Boli, boli, boli...
Straszliwie samopoczucie psychiczne mi siadlo (bo fizyczne juz wysiadlo i powiedzialo, ze cznia).
Boliboliboli.........

17 November 2009

W kwiatki....

Zawsze twierdzilam, ze jesli walizke da sie zamknac bez skakania po niej to znaczy, ze zostalo jeszcze troche miejsca. Po raz kolejny sie sprawdzilo. Aczkolwiek walizka okazala sie zdecydowanie za mala i po zapakowaniu rzeczy zbednych w postaci przeroznych giftow i imprezowych ciuchow okazalo sie, ze obok walizki zostala kupka rzeczy niezbednych, ktore zadna miara juz sie do srodka nie zmieszcza. Wiec pomarudzilam wszem i wobec i zostalam uszczesliwiona na dni pare walizka w kwiatki (cale szczescie, ze nie rozowa, juz kwiatki same w sobie sa wystarczajaco wkurzajace).
Nie znosze podrozowac z bagazami. W srodku zimy na tydzien do Pragi polecialam z malutkim, 15 litrowym plecaczkiem i bylo ok. Na wygrzewanie cielska w Maroku - bagaz podreczny wystarczyl. Chociaz rekord i tak pobilam lat temu pare, jadac na miesiac do Moskwy z zapakowana zgrabnie wojskowa kostka....
A teraz to kwiatkowe paskudztwo. Nic to - trzeba dostrzec pozytywne strony. Podrecznego w ogole nie zabiore, bo po co. Paszport w jedna kieszen, laptopa w druga i hejka :)

16 November 2009

Dowartosciowanie...

Nie ma to jak pare slow prawdy o sobie uslyszec.
Moja najulubiensza kolezanka powiedziala do klienta (!): "Ja tu robie wszystko. A nie, przepraszam. Kawe robi A."
A ja sie potem dziwie, ze ludzie albo nie wiedza co robie, albo kompletnie mnie olewaja. Wlaczajac to naszych wspolpracownikow z head office'a.
Tak oto szybko i sprawnie mozna ocenic moja prace i sprowadzic poczucie mojej wartosci wlasnej do poziomu "zero".
Naprawde niezly poczatek tygodnia.

12 November 2009

Elektrycznie...

Nie zdawalam sobie sprawy, ze cale zycie spedzilam w nieswiadomosci codziennie zagrazajacej zyciu.
Slowem wstepu - tutejsze kontakty obok otworow wlasciwych posiadaja pstryczek "uruchamiajacy" kontakt.
Przy wyjsciu z pracy jednostki co bardziej troszczace sie o wzmiankowane zycie (i mienie) biegaja po biurze i wylaczaja wszystko jak leci. Bo tak trzeba. Bo po to pstryk jest zeby go uzywac! Bo jak sie nie wylaczy to pozar gotowy. Sluchajac opowiesci az mnie ciarki zaczely przechodzic, ze taka niedouczona jestem nieustannie narazajac siebie i innych. Ale coz, zem uparta - to nadal narazam. I to nie tylko w domu, ale i w pracy, gdzie rejtanem niemalze sie rzucajac na jeden z kontaktow kategorycznie zabronilam go wylaczac (swoja droga ciekawe okreslenie - wylaczac kontakt), bo nie mam zamiaru codziennie od nowa programowac ekspresu do kawy. No juz takie ze mnie leniwe (i zlosliwe) bydle. Na opowiesci, ze hen tam daleko (za gora, za rzeka) w Polsce (a takze w wiekszosci normalnych krajow) kontakty pstryczkow nie posiadaja i pozary nagminnie nie wybuchaja tutejsze jednostki reaguja nawet nie niedowierzaniem tylko czysta, zywa niewiara. Ze sobie wymyslam niby.
Wole juz nie straszyc opowiesciami o takich lekkomyslnosciach jak wlaczniki swiatla w lazience albo, co gorsza, gniazdka. Argument, ze takie cuda wystepuja na swiecie i ludzie nie padaja pokotem jakby nie dociera. Coz, co kraj to obyczaj.
A ostatnio uslyszalam kolejna rewelacje. Ze jak sie niedokladnie zamknie pokrywke czajnika elektrycznego to owze wybuchnie!
Kurcze, nie przestaje mnie ten kawalek swiata zadziwiac.

A za tydzien...

Za tydzien o tej porze bede sie z samolotu wygrzebywac. Albo mnie wynosic beda. Na wozek sie co prawda (jeszcze) nie kwalifikuje, ale noga sie pode mna ugina w najmniej oczekiwanych momentach. Zastanawiam sie nad zanabyciem droga kupna kuli ewentualnie laski. Ciekawe swoja droga jak z takim oprzyrzadowaniem wpuszczaja do samolotu. Czy moze nie wpuszczaja calkiem a lache musze nadac na bagaz?
W ogole jakies skomplikowane to podrozowanie. Zeby dojechac na czas na lotnisko musze wsiasc do autobusu o 2giej nad ranem (czy tez moze raczej w srodku nocy). Toz to nawet nie oplaca sie klasc spac. A ze w srodkach komunikacji spac nie umiem... zaprawde bardzo radosna wizja. Bardzo zle mysle o tych pacalantach roznych, ktorzy planuja rozklad lotow. No bo dlaczego z Aldergrove tylko jeden lot do PL jest? I w dodatku do Krakowa li i jedynie? He?

11 November 2009

Czekac mam...

Lekka panika jaka pokazala sie w oczach mlodego dzipa kaze wierzyc, ze rzeczywiscie zadzwoni do szpitala i pogoni.
Z pewnym zaskoczeniem zauwazylam, ze lewa noga jakby z sil mi opadla - o jakies 50%. Juz i stanie trudnosc sprawia.
No kalectwo jakies.
Nic to. Diclofenac popychany lasnoprazolem (zeby znowu mi zoladek nie wysiadl) ma mi pomoc.
Zmeczona juz tym jestem.
Zeby chorowac to trzeba miec naprawde konskie zdrowie.

10 November 2009

Sw. Procedura?

O procedurze (procedurach?) przystepnie u Szamana
A z mojego, bardzo subiektywnego punktu widzenia?
Coz...
Delikatnie mowiac upierdliwe to jest.
No bo tak:
Problem - postepujacy zanik czucia w lewej nodze.
Objaw towarzyszacy - uporczywy bol kregoslupa.
Pierwsza wizyta u GP - przepisane srodki przeciwbolowe.
Druga wizyta u GP (jakies 10 dni po pierwszej) - badanie neurologiczne - walenie mlotkiem po kostkach i kolanach + wsadzenie palca w tylek. Zalecenie - rezonans. Dzip wysyla list do szpitala z prosba o pilne badanie.
W miedzyczasie "znieczulony" obszar rosnie, bol kregoslupa wzrasta do poziomu nieznosnego. Nie moge przeciez caly czas nacpana lekami przeciwbolowymi chodzic, bo czasami musze myslec....
Telefoniczna konsultacja z dzipem. Mam sie udac na A&E i marudzic...Ide, marudze, w moim przekonaniu, calkiem przekonywujaco i... odsylaja mnie do domu i kaza czekac na list ze szpitala.
Trzecia wizyta u dzipa przewidziana na jutro.
Zeby im tak te procedury pogielo! (co najmniej tak bardzo jak mnie) O!

03 November 2009

Dzien jak codzien....

Po jakiego wafla ja sie mecze tlumaczac cokolwiek, skoro moje rady i wskazowki sa kwitowane krotkim - nie mam teraz czasu. I co ja bede jezor po proznicy strzepic, skoro kaspersky to w ogole jest niepotrzebny i przeszkadza...
Jasssne. A zawyj mi jeszcze raz nad uchem ze blue screen sie pojawil....

Slonce swieci, co ostatnio nieczesto sie zdarza, ale dlaczego mi po oczach tak od razu?
A dochtorstwo niech sie lepiej pospieszy z tym MRI, bo mi slup kregowy przeszkadza coraz bardziej, a nieczucie zeszlo ponizej kolana.

I jeszcza malutka kopareczka z doczepionym malutkim mloteczkiem pneumatycznym napiernicza jak dzika od rana tuz pod moim oknem.

Generalnie jak w dowcipie:
Wszystko mnie wkurwia panie doktorze....

...czyli dzien jak codzien.

22 October 2009

Szaro, buro i ponuro...

Generalnie tak jak w tytule. Jesien pelna geba i pora deszczowa sie zaczyna. Tylko patrzec, az przelotne (czyli przelatujace z lewa na prawo i z powrotem) deszcze zaatakuja.
Zero motywacji do czegokolwiek. Z wiosna przejdzie. Na razie spinam sie w sobie i nie poddaje, i powoli zaczynam odliczac dni do Fetyszozy :)
Tym razem cala szopka organizacyjno-logistyczna mnie ominela i troche zaluje. Ale - zabawa bedzie, ze heeeeej!






20 October 2009

Koniec lenistwa...

I koniec lenistwa nastal. Po ponad tygodniu przemieszczania sie w kodeinowym pol-snie miedzy kanapa a lozkiem czas powrocic do pracy. Nie umiem z siebie wykrzesac entuzjazmu.
Ulubiona-znienawidzona z drugiej strony biurka po dluzszym okresie niewidzenia wydaje sie byc jeszcze bardziej glupia i jeszcze bardziej zlosliwa. Caly czas powtarzam sobie, ze jak nie mozna czegos zwalczyc to nalezy polubic. Nie daje sie. Jedynie powtarzanie sobie, ze ja já tylko niecale 40 godzin w tygodniu widze, a ona z ta glupota musi zyc caly czas - troche pomaga. Niewiele.
Wstretnie, szaro-mokro na zewnatrz, wilgoc szparami wdziera sie do wnetrz. Jesienna pora deszczowa pelna geba. Gorace wieczory mi sie marza. Wieczor miedzy czarno ubranymi dziadkami w Santo Stefano di Camastra... waskie, nagrzane w ciagu dnia sloncem, uliczki Castel Buono... Rozmarzylam sie. Ciut.
Czas wracac do rzeczywistosci.

09 October 2009

I jeszcze...

I jeszcze jedna nowa zabawka mi sie dostala.
Firmowy serwer pocztowy. W zyciu tego nie robilam, ale w sumie, jak zdolalam wczoraj odkryc, i tak wiem wiecej od informatyka.
W ogole "informatyk" to chyba nieodpowiednia nazwa dla tego... typa. Zostal poproszony o zrobienie strony internetowej, ktora mialaby zawierac rejestry sprzetu klientow. Poufne ma byc, wiec loginy, hasla - oczywiste, nie? Wiec przyczepil sie tego i zrobil - FTP'a! I zamiast ladnej tabelki na stronie klient widzi excelowy plik, ktory sobie moze sciagnac. Jakas wiocha jak dla mnie. Moze sie czepiam. Ok - sam nie musi wiedziec jak strone zrobic, ale przynajmniej powinien wiedziec, gdzie szukac odpowiedniej osoby. A juz na pewno powinien odrozniac ftp od normalnego website'a.
I teraz pojawia sie problem - bo ktos musi to szefowii wytlumaczyc. Ze wiocha. Nic to, nawrzucalam testowe pliki i niech zobaczy. Moze cudem jakims zauwazy roznice.
Dobra, czas zabrac sie za prace. Jeszcze cztery godzinki i mozna zaczac sie uczciwie leniwic.

07 October 2009

Chyba mi sie nudzi...

...albo cos.
Zarzekalam sie, ze juz nigdy wiecej bloga nie dotkne, ale...
Coz - to pewnie ta nuda.
Kiedys cos napisze. Na razie mam nowa zabawe - usiluje rozgryzc te piekielne ustawienia i musze przyznac, ze mnie to bawi...